Z wizytą u przyjaciół w Tenute Silvio Nardi

By piątek, Listopad 24, 2017 0 , , , ,

Bella Toscana? Tyle razy słyszałam to słowo od przyjaciół zachwyconych wakacyjnymi wojażami, że pewnie wyda Wam się mocno kontrowersyjny mój pomysł na wstęp do tego posta. Otóż osobiście (Robert dystansuje się do mojej opinii) nigdy nie byłam zachwycona tym włoskim regionem, pójdę nawet dalej, bo dodam iż w całości jest on dla mnie zwyczajnie przereklamowany. Zapewne wynika to z mojej natury, bo bywam przekorna, zawsze chodzę pod prąd i rzadko utożsamiam się ze słowem „moda”, ale nigdy nie zapomnę swojej pierwszej wizyty w wielkiej „Toskanii” i mojego wielkiego rozczarowania. Kolejne przychodziły po eksploatowaniu zatłoczonej i obrzydliwie turystycznej Florencji (swoją drogą muzea, to dla nich się poświęciłam i na trzech próbach polubienia tego miasta się skończyło), a następne po żółtych połaciach rozścielających całe toskańskie wzgórza.

Na co mój aparat, statyw, gdzie te oszałamiające rzędy cyprysów, gra światła, kontrasty kolorów? Na te pytania długo nie znałam odpowiedzi i sam wyjazd do Toskanii do dziś nie napawa mnie wielkim entuzjazmem, ale jednocześnie chciałabym Was namówić do niesztampowego poznawania tego regionu, którego największą wartość stanowią ludzie, małe miejscowości, ciche zakątki i dobre wino.

Toskania dla mnie ma dwie twarze – wina i przyjaciół i wcale nie chodzi tu o wielkie grymaszenie, ale naprawdę to dla nich wracamy w tamte miejsca i odkrywamy też nowe. Dwa lata temu, nasi bliscy nam ludzie, postanowili w Cortonie (dla mnie miejsce magiczne) powiedzieć sobie sakramentalne „tak” i muszę przyznać, że dzięki tej okazji, ja też zdołałam poznać zupełnie inne oblicza tego włoskiego sacrum. Przebywanie na prawdziwej toskańskiej enklawie spokoju, z nieziemskimi widokami na Umbrię i Toskanię, pozostawiło w nas niezapomniane wspomnienia. Martynie i Marcinowi dobrze idzie, czemu też wiernie kibicujemy, więc liczymy na drewnianą albo co najmniej cynową rocznicę i powtórkę z imprezy!

Druga twarz to wino… które przyciąga jak magnez, tworzy magię i klimat wielu miejsc. Cóż by ta biedna Toskania uczyniła bez zieleni winorośli otulającej jej wzgórza; bez tych lasów tworzących zagajniki dla bezpiecznie dojrzewających winogron? Ciekawe…

Wykorzystałam więc swoje 5 minut, a wszystko po to by o ironio (!) zaprosić Was dziś do „naszej” Toskanii, tej którą cenimy, w której dobrze się czujemy i jaka bliska jest naszym sercom – bo taka istnieje naprawdę. Wracamy więc do upalnego lata. Opuszczamy Puglię i kierujemy się na północ. Pierwszy przystanek robimy sobie w Montalcino. Zapowiada się przemiły wieczór, bo jesteśmy umówieni na kolację z naszymi przyjaciółmi z Tenute Silvio Nardi, a wcześniej na degustację ich win z najnowszego rocznika.

Już wcześniejszy, szybki look na mijane lasy (z wyjątkowo jesiennymi kolorami liści, które spalone zostały przez słońce), uświadomił nam, że dla nas upał jest jedynie letnią niedogodnością, a dla winorośli prawdziwą tragedią. Emanuele tylko potwierdził takie tezy. Opowiedział nam, że od 18 roczników, jakie sam pamięta nigdy nie zdarzyło się, aby przez całe lato nie spadła ani kropla deszczu i przez wiele tygodni utrzymywały się temperatury sięgające +/- 40 stopni. Oczywiście samo Montalcino jest suchą i ciepłą apelacją (w porównaniu choćby z Chianti Classico), ale nie w tak ekstremalnej wersji. Dodał, że zaciągnął nawet informacji od starszych mieszkańców i żaden z nich nie pamiętała tak upalnego sezonu. Nic więc dziwnego, że tak nad wyraz ostrożnie wypowiadał się o perspektywach zbiorów, bo w pierwszych dniach sierpnia winorośle weszły już w taki stres wodny, że owoce zatrzymały się w dojrzewaniu. Obawiał się nawet, że jeśli sytuacja nie ulegnie zmianie, to zbiory będą musiały rozpocząć się już w okolicach 20-tego sierpnia (miesiąc wcześniej niż zwykle!). Na szczęście dla Tenute Silvio Nardi, spory areał ich winnic znajduje się w północno-zachodniej, najchłodniejszej części apelacji, stąd i tak w porównaniu do producentów z cieplejszej południowej części, byli w nieco lepszej sytuacji. Co najciekawsze, zaraz po naszym wyjeździe i dobrych życzeniach zaczęło tam padać 🙂

Przypomnijmy może tylko, że samo Montalcino leży około 30 kilometrów na południe od Sieny (miasto nawet latem nie zniechęca) i o połowę bliżej na zachód od Montepulciano. Warto więc podczas zwiedzania tej części Toskanii, zboczyć z typowego szlaku Siena-Montepulciano, aby zobaczyć tę najbardziej cenioną z toskańskich apelacji. Powstające tu Rosso oraz Brunello di Montalcino muszą powstawać w 100% z Sangiovese, a dokładnie lokalnego klonu Sangiovese Grosso. Winnice zajmują obszar około 4000 hektarów, z tego około 2/3 dedykowanych jest do produkcji Brunello. Apelacja jest mocno zróżnicowana zarówno pod względem geologicznym, wysokości winnic jak i delikatnymi (ale odczuwalnymi w przełożeniu na powstające wina) różnicami klimatycznymi. Stąd coraz głośniej mówi się o wyodrębnieniu z niej poszczególnych stref, choć póki co te dyskusje nie przekładają się na konkretne plany.

Zgodnie z regulacjami, Brunello di Montalcino może wejść do sprzedaży 1 stycznia piątego roku po zbiorach (czyli obecnie w sprzedaży jako najnowszy rocznik mamy wina z 2012 r.). Dodatkowo przez co najmniej dwa lata musi ono dojrzewać w dębowych beczkach. Odpowiedzią na tak długie „zamrożenie kapitału” jest Rosso di Montalcino, które trafia na rynek już 1 września kolejnego roku po zbiorach i w założeniu jest winem lżejszym, bardziej owocowym, szybciej gotowym do picia. Emanuele wspominał, że kiedyś Rosso był brzydszym bratem Brunello, ale obecnie wielu producentów poświęca mu już znaczenie więcej atencji. Jego żona, urocza Valentina dodała, że spróbowanie Rosso to świetny sposób, aby wyrobić sobie zdanie, czy dany producent wytwarza równie dobre Brunello –

pokaż mi swoje Rosso, a powiem ci jakie robisz Brunello.

Rzeczywiście biorąc pod uwagę szybujące wciąż w chmury ceny czołowych win z Montalcino, warto zainwestować najpierw w Rosso i sprawdzić, czy styl winiarza nam odpowiada. Bowiem jeśli na wspomniany już miks terroir, nałożymy istniejący również w tej apelacji spór tradycjonalistów z modernistami (mała baryłki – duże beczki, większa koncentracja – większa przestrzeń, wina szybciej gotowe do picia – wina potrzebujące czasu), to wyraźnie widać, że nawet pochodzące z tego samego rocznika Brunello mogę się od siebie znaczenie różnić, więc ryzyko jest duże!

Mieliśmy okazję spróbować dwóch najnowszych odsłon win producenta. Tenute Silvio Nardi Rosso di Montalcino 2015 (w Polsce wina są dostępne w ofercie 13win) pochodzi z bardzo dobrego, choć ciepłego rocznika. Wiosna była dość łagodna, ale już latem do apelacji zawitały upały (zwłaszcza lipiec był gorący). Dopiero w sierpniu i wrześniu pogoda wróciła do normy. Po 15 września w owocach zaczął gwałtowanie wzrastać poziom potencjalnego alkoholu, więc zdecydowano się na rozpoczęcie zbiorów. Fermentacja szła opornie i bardzo długo, nawet do dwóch tygodni. Wino dojrzewało przez 12 miesięcy w beczkach, a do butelek trafiło w grudniu 2016 roku. W nosie czujemy jeszcze sporo dymu i nut wędzonych, które w tym momencie nieco przesłaniają owocowość. Więcej świeżości jest w ustach, gdzie pojawia się chrupka, kwaskowa wisienka, ale i zarysowane taniny. Ciało jest niezbyt skoncentrowane, ale dobrze zarysowane. Wino bez spiny, bardzo pijalne, choć zdaniem Emanuele dopiero za 12 miesięcy będzie w idealnym momencie do picia. Bardzo dobre-.

Jeszcze trudniejszym rocznikiem był 2012, gorętszy niż 2015 (ale nie tak jak obecny). Tutaj szczyt upałów pojawił się w sierpniu, ale sytuację nieco poprawiły wrześniowe deszcze. Oficjalnie konsorcjum zrzeszające producentów oceniło go na 5/5 gwiazdek. W przypadku Tenute Silvio Nardi Brunello di Montalcino 2012 maceracja trwała aż 30 dni (mogli pociągnąć ją tak długo, gdyż wino dalej miało odpowiedni poziom świeżości, nie pojawiała się goryczka od nadmiernej ekstrakcji). Następnie dojrzewało przez 12 miesięcy w małych (nowych i używanych) francuskich baryłkach i kolejny rok już w dużych beczkach ze slawońskiego dębu. Na razie wino jest bardzo młode, więc na pierwszym planie znajdziemy nuty skórzane i dymne. W ustach w pierwszym momencie pojawia się ładna kwasowość, a w finiszu wino przechodzi w akcenty likierowej wiśni. Tanin jest naprawdę sporo, ale są one dość miękkie. Struktura solidna, nie przesadzona, choć dobrze rokująca jeśli chodzi o dalsze dojrzewanie. W przeglądzie Brunello z 2012 roku w Decanterze otrzymało 91/100 punktów, w naszej skali oceniamy je na bardzo dobre+.

Emanuele i Valentina przyjęli nas oczywiście po królewsku. Dla nas to ludzie z niezwykłą wiedzą i inspirującym fokusem na wina, które sami robią, ale i doceniają innych producentów. Godziny przegadane, przy prawdziwej włoskiej pizzy, w towarzystwie wina Casanova di Neri (którą zwiedziliśmy 4 lata temu i co pokazało ich chęć poznawania produktów innych winiarzy) i świetnych ludzi przykleiły nas do restauracyjnych krzeseł. Nasze ulubione włoskie małżeństwo zabrało nas do restauracji Le Antiche Mura, w której sam Prezydent Obama z Pierwszą Damą jadali kolacje podczas swoich włoskich wakacji, korzystając z przyjacielskich koneksji z kucharzem, zamówiłyśmy nawet tą samą pizzę, którą na zamówienie jadła Michael Obama.

Emanuele i Valentina jeśli uda Wam się przetłumaczyć ten wpis, to z tego miejsca dziękujemy Wam za te miłe chwile i do zobaczenia!

Może nie uwierzycie, ale następnego dnia, gdy wciąż byliśmy w Montalcino i spacerowaliśmy po jego urokliwych uliczkach, nad miasteczkiem przeszło potężne oberwanie chmury. Śmialiśmy się, że to dzięki naszemu przyjazdowi. Co prawda opady były bardzo krótkie, ale rozpoczęły lżejszy i deszczowy okres, tak czy siak my potraktowaliśmy to jako dobry omen.