Najlepsze lekarstwo na pandemię – Winnica Miłosz

Niektórzy z Was może pamiętają, że pochodzimy z lubuskiego, a w dodatku tak dobrze się złożyło, że nasi najbliżsi do dziś mieszkają blisko wielu tamtejszych winnic. Dlatego z uśmiechem przypominamy sobie, jak w dzieciństwie wielokrotnie przejeżdżaliśmy rowerami nieopodal miejsca, gdzie obecnie znajduje się imponujących rozmiarów Winnica Zabór (nasz dom rodzinny znajduje się jakieś 10 kilometrów od Łazów). Zjeżdżając z górki, przy sporej prędkości robiliśmy sobie nawet zawody, a meta była właśnie na drodze do Zaboru. Kiedyś znajdowały się tu po prostu łąki, zarośla i nieużytki.


Dziś wiele się tu zmieniło. Obecnie winnica zagospodarowana jest dzięki staraniom samorządu województwa lubuskiego. Kolejno została wydzierżawiona zainteresowanym winiarzom – co okazało się niezwykle dobrym rozwiązaniem. Wśród nich znalazł się też Krzysztof Fedorowicz, już wówczas najbardziej znany i ceniony producent z okolic Zielonej Góry.

Poznaliśmy go w 2014 roku, podczas jednej z naszych rutynowych wizyt u rodziny. Od pierwszego spotkania ujął nas nie tylko swoim znakomitym poczuciem humoru, regionalną wiedzą na poziomie historycznych ciekawostek, ale i winami, które własnoręcznie produkował. A musicie wiedzieć, że już wtedy wyróżniały się one na tle raczkującego polskiego winiarstwa. Obecnie wina nadal powstają z niewielkiej „przydomowej” winnicy, ale i ze wspomnianych wydzierżawionych parceli na Winnicy Zabór (zresztą piękny drewniany dom Krzysztofa znajduje się w jej bezpośredniej bliskości, na obrzeżach wioski Łazy graniczącej z Zaborem).

zdjęcie ze strony producenta

Nadal staramy się regularnie odwiedzać Winnicę Miłosz choć może nie tak często, jak byśmy chcieli (sami wiecie, jak to jest – gdy przyjeżdżacie do rodziny i na nic nie ma czasu), ale za to regularnie spotykamy się na innych festiwalach. Krzysztof jako jeden z pierwszych polskich winiarzy odważnie postawił na Vitis viniferę, nie bał się uprawiać choćby Traminera, Pinot Noir czy Zweigelta. Nie możemy powiedzieć, że smakowały nam absolutnie wszystkie jego wina, ale w każdym sezonie znajdowaliśmy kilka perełek. To zresztą dla naturalne, rodzimi winiarze nie mają wielopokoleniowych tradycji i ciągle się uczą, szukają swojego stylu oraz nabywają większego doświadczenia z każdym kolejnym rocznikiem. Krzysztof nigdy nie bał się też eksperymentować. Postanowił na przykład wskrzesić tradycje produkcji win musujących w Zielonej Górze (w czasach pruskich Grünberg był potęgą jeśli chodzi o musiaki, w okolicach znajdowało się ponad 2500 hektarów winnic), a od kilku lat produkuje również wina pomarańczowe.

Wina musujące Krzysztof sygnuje marką Grempler Sekt, w nawiązaniu do niemieckiego przedsiębiorstwa założonego w Zielonej Górze w 1826 roku przez Carla Samuela Häuslera, Augusta Gremplera i Friedricha Förstera, którego pełna nazwa brzmiała Grempler & Co. A. G. Alteste Deutsche Sektkellerei. Udało mu się nawiązać kontakt z potomkami właścicieli i uzyskać zgodę na używanie tej nazwy do swoich win. Choć obecnie wina musujące z lubuskiego kojarzone są głównie ze świetnymi butelkami GostArt z okolic leżącego bardziej na zachód Krosna Odrzańskiego, to Krzysztof w nowym roczniku pokazał prawdziwą klasę. Zapewne kluczem jest tutaj cierpliwość, butelki mogły leżakować co najmniej 20 miesięcy na osadzie, nabierając kompleksowości i ułożenia.

W ostatnich tygodniach wykazał się zaś świetnym refleksem, wypuszczając przed Wielkanocą najpierw krótką serię 40 butelek Wina Pandemicznego (różowego Zweigelta) w fenomenalnej cenie 40 zł, a po sukcesie tego pomysłu dołożył dodatkowe 100 butelek pomarańczowego i czerwonego. Chyba żadne polskie wina nie zrobiły w sieci takiego szumu jak one, wypuszczone w aptekarskich ilościach, z fantastyczną etykietą nawiązującą do miedziorytu Paula Fürsta z XVII wieku przedstawiającego tzw. doktora plagi. Niejeden PR-owiec mógłby się od Krzysztofa uczyć.

Grempler Sekt Zweigelt Rose 2017 (120 zł)

W kieliszku o pięknie poziomkowym, błyszczącym kolorze, mocniej nasyconym niż to zwykle bywa w przypadku różowych musiaków. Pachnie feerią czerwonych owoców – truskawki, maliny, kwaskowe wiśnie, poziomki. Zapach jest bardzo świeży, wręcz chrupki, ale w tle znajdziemy również przyjemne nuty drożdżowe. Również na podniebieniu żywe, mocno kwaskowe, z długim znakomicie wytrawnym finiszem. Bodajże najlepszy polski musiak jakiego próbowaliśmy. Brać, póki jest dostępny. Znakomite- (92/100).

Winnica Miłosz Wino Pandemicze pomarańczowe 2019 (40 zł)

W składzie znajdziemy mieszankę gron pinot blanc i traminera, które były macerowane na skórkach przez 6 miesięcy. Wino wymaga cierpliwości i natlenienia. Pierwszy kieliszek był bardzo ściśnięty (ale też zważmy z jak młodą butelką mamy do czynienia). Potem zaczęło się dziać więcej. Wino pachnie wiosennymi kwiatami, przyprawami (znać dodatek Traminera), kardamonem, ale też pigwą i mirabelkami. Na podniebieniu znajdziemy więcej grejpfruta, skórki pomarańczowej, ale też czerwonej herbaty. Finisz wyraźnie goryczkowy. Niełatwe wino i jeszcze bardzo zagmatwane, mamy nadzieję, że reszta produkcji jeszcze czeka na zabutelkowanie albo wypuszczenie na rynek. Bardzo dobre+ (91/100).

Winnica Miłosz Pandemiczna Czerwień 2018 (40 zł)

Tutaj w butelce miesza się zweigelt (Krzystof zaczyna osiągać mistrzostwo w tej odmianie) i alibernet. Ten ostatni to krzyżówka alicante bouschet i caberneta sauvigon stworzony na Ukrainie w 1950 roku, a dziś szerzej rozpowszechniony właściwie tylko na Słowacji. Całość spędziła również 6 miesięcy w dębowej beczce. Przez gorący rocznik jest dość mocno zbudowane, śliwkowe z dodatkiem czarnej porzeczki, nutami ziemistymi, ale i wędzonymi. Na podniebieniu czuć więcej beczki, wino jest lekko waniliowe i nawet smoliste, a w finiszu pieprzne, czy nawet lekko cynamonowe. Raczej do jedzenia, niż popijania solo. My w Święta wypiliśmy do bigosu (było idealnie), ale proponujemy również podać z grillowaną wieprzowiną w praktycznie każdej postaci, od kiełbaski, przez kaszankę, czy nawet karkówkę. Bardzo dobre- (89/100).


Mamy nadzieję, że to nie koniec rozpoczętej przez Krzysztofa akcji (choć sama pandemia mogłaby już dać nam spokój). Spróbowanymi butelkami rozniecił on apetyt na kolejne wina z najnowszych roczników – a pamiętajcie, że na razie wypuścił jedynie malutkie partie.