Korsyka – jedziemy na wakacje

By niedziela, Wrzesień 16, 2018 0 , , ,
Mieliśmy jechać na Sardynię, ale naprawdę zastanawiam się czy my w ogóle kiedykolwiek tam trafimy. Od lat co roku około stycznia jest tak samo: siadamy nad planowaniem wakacji, otwieramy mapę, rozrysowujemy trasy do winiarzy, potem negocjujemy obie wersje (bo oczywiście każde z nas ma swoje pomysły). Zawsze jednak w tym schemacie, w którymś momencie pada hasło: Sardynia. Machamy wtedy porozumiewawczo głowami, jakbyśmy wpadli na genialny pomysł, mruczymy coś pod nosem, zerkamy na ewentualną trasę i potem przez pare tygodni trwa u nas tzw. okres zawieszenia. Uwierzcie mi, że mamy już tyle przewodników i przeczytanych wskazówek o Sardynii, iż niemal czuję się jakbyśmy zwiedzili tę wyspę wzdłuż i wszerz pare razy. Nie potrafię wytłumaczyć racjonalnie, dlaczego tak się dzieje. Jedno co mi przychodzi na myśl, to zniechęcenie w szukaniu baz hotelowych. Nie jesteśmy typem turystów siedzących w jednym miejscu, kwestię pakowania się i zmieniania miejscowości nawet codziennie, mamy dopracowaną w najmniejszych szczegółach i wcale nam to nie przeszkadza. Tymczasem Sardynia cieszy się niestety latem dość dużą popularnością, dlatego najczęściej polegamy w batiali szukania kilkudniowych noclegów. Denerwujemy się na tyle mocno, że w pewnym momencie dochodzimy do wniosku, iż szkoda czasu i wpadamy na pomysł innej destynacji. W tym roku, a jakże by inaczej było tak samo, na szczęście niedaleko przyszło nam szukać „lepszego” rozwiązania. Zdecydowaliśmy, że jedziemy na Korsykę.

Dziś siadając do posta, oglądam w kółko zdjęcia z wakacji i nie wyobrażam sobie, że mielibyśmy spędzić je w innym miejscu. Korsyka okazała się po prostu magiczna, objechaliśmy ją dosłownie w koło, nasyciliśmy wszystkie niezaspokojone zmysły. Zastaliśmy tam widoki zapierające dech w piersiach: lazurową scenerię morską, zielone zbocza, piesze szlaki, kręte drogi, co rusz zakorkowane przez kozy i owce. Do tego zabudowania na zboczach, z widocznym nieco ekonomicznym zaniedbaniem, miasteczka z pozorną stagnacją, szczyptą luzu ale i ogromną dumą. Co rusz się czymś zachwycaliśmy, bądź byliśmy czymś zaskakiwani. Wplatając te piękne korsykańskie widoki, dobre wino, osobistą dygresję chciałabym Was dziś zabrać w wycieczkę po kulinarnej części Korsyki, którą mieliśmy okazję odkrywać podróżując po wyspie. W tym miejscu zmierzymy się też z wieloma stereotypami na temat Korsykańczyków: chłód, drażliwość, uwielbienie sjesty, flegmatyzm i… przepraszam, czy ktoś tu mówi po angielsku? Staramy się być otwartymi ludźmi, dużo podróżujemy i szanujemy odmienne kultury. O samej Francji od lat słyszeliśmy i czytaliśmy wiele opinii. Osobiście znamy też wielu Francuzów, ale trochę „zeuropeizowanych”, dlatego wydawało nam się, że jedziemy przygotowani – bo kto jak nie my!? W razie czego postanowiliśmy, że naszą bronią będzie kilka wyuczonych francuskich zwrotów, uśmiech i pozytywne nastawienie. Musicie jednak wiedzieć, że wcale nie było to takie łatwe i czasami nie udawało nam się dogadać z kimkolwiek! Na dodatek mamy wrażenie, że przeszkadzało nam to, iż jesteśmy nieco rozpieszczeni przez włoską gościnność i że potrafimy się z Włochami porozumieć w każdej sytuacji. Podsumowując potrzebowaliśmy czasu na Korsyce, by właściwie pokierować nasze kontakty z Francuzami, jednak najlepiej dogadywaliśmy się na wyspie z Włochami i Amerykanami!

Chłód i drażliwość. – Jaki chłód, przecież tu jest tak ciepło. Pani w sklepie w Bastii, trzy razy powiedziała bienvenue en Corse – po wpłynięciu do portu wracam zadowolona do auta, chwaląc się Robertowi, że tak dzielnie poradziłam sobie i zrobiłam zapasy napojów na dalszą trasę. Brawo ja! Robert bezczelnie się jednak śmieje na głos: – Trudno sobie nie poradzić w samoobsługowym..Z winnym przewodnikiem od Sławka Chrzczonowicza ruszamy z Bastii dalej przed siebie (a raczej w spinaczkę mobilną) z przystankiem w Patrimonio, gdzie odwiedziliśmy dwóch winiarzy. Zajechaliśmy też po drodze do Domaine Antoine Arena – Mistrz kilka miesięcy nie odpisywał na nasze maile, liczyliśmy więc że choć może uda się nabyć jego wina i przynajmniej się przywitać. Na nasz widok ujawnił się korsykański powiew przyjemności:No more tourists i trzask drzwiami obsługi. Wcale się jednak nie zraziliśmy, przecież w końcu nam nie odpisywał i patrz mówią po angielsku! No to teraz jedziemy walczyć z chłodem do winnicy Yves Leccia, ups tu chyba też źle trafiliśmy. Dobrze, że zaopiekowała się nami dziewczyna z rosyjskimi korzeniami, bo właścicielka, na nasze grzeczne przywitanie została jakby porażona prądem, znowu nietaktem okazało się nasze przyjcielkie nastawienie. Pani z obsługi niemalże przepraszająco zaczęła się witać za nas z królową po francusku, aaaa więc o to chodziło, no dobrze niech będzie: – Bonjour, reine! Wybacz, że chcemy spróbować waszych win i je kupić. Obiecujemy, że szybko zaraz zmykamy. Po wizycie zjeżdżamy z trasy, by sobie obejrzeć winnicę, porobić kilka ujęć aparatem na pamiątkę. Zaraz za nami wyskakuje auto i parkuje na poboczu. – No ładnie, nawet nie możemy sobie wejść na winnicę, bo zatrujemy naszą angielszczyzną wszystkie winogrona? Całe szczęście to swój człowiek, ba! rodak na obczyźnie, pracujący na winnicy. Zobaczył nasze polskie numery i gnał za nami, bo chciał się przywitać, uff co za ulga. Jeśli nas przeczyta, to go z tego miejsca serdecznie pozdrawiamy, narobił nam niezłego stracha. Dobra nie marudzę już o tym, jak pokłóciłam się z „gościem” na parkingu w Saint Florent i nie przytaczam Wam szczegółów pogawędki na temat mojej nieznajomości francuskiego koloru piwa do kanapek ze sprzedawczynią, my naprawdę do końca wierzyliśmy, że mamy pecha/szczęście nowicjusza. O przyjemnej i jakże uspokajającej nastroje wizycie w Orenga de Gaffory opowie Wam już Robert w osobnym wpisie. My tymczasem jedziemy dalej, by dotrzeć do Piany.

Uwielbienie sjesty, flegmatyzm. Masz ci los, hello anybody here? To my skromni turyści z Polski na wakacje, na kilka dni, mamy rezerwację, przepraszamy że przeszkadzamy, poprosimy o klucze i już nas nie ma. Robert weź ty sprawdź, czy ostrzegali na rezerwacji, że tak późno nie bookują gości? Ooooo jest pan, pan się nie spieszy, proszę sobie nalać lemoniady, jak ładnie pan recepcjonista się uśmiecha do nas z kuchni, nie no zupełnie w porządku, my sobie usiądziemy, poczekamy, zmęczeni po górskiej trasie należy nam się. Robert broń boże nie dawaj mu naszych bagaży, bo do rana w takim tempie nie dojdziemy do pokoju, weź od niego grzecznie klucze, uśmiechajmy się, ja podjadę pod pokój samochodem i już. Dobra, jesteśmy widziałeś ten widok? Ależ tu pięknie!

 

Tego samego wieczoru, mimo że od widoku z balkonu trudno było nas odciągnąć, wyskoczyliśmy na kolację do włoskiej knajpki Trattoria L’hospiton di Moumouche (trzeba przejechać kilka kilometrów na południe, w kierunku Ajaccio, restauracja jest przy samej drodze). Miejsce w charakterze pasterskich zabudowań, proste, klimatyczne, a co najważniejsze z cudownym, nieprzekombinowanym jedzeniem. Obsługa genialna, bardzo pomocna i sympatyczna, nieważne że nie mówili po angielsku, bo oprócz francuskiego znają włoski. Zjedliśmy wspaniałe kanapki z lokalnym owczym serem i oliwą oraz ravioli prosto z ciepłej patelni, napiliśmy się domowego wina i dogadaliśmy się (pogadaliśmy nawet!) z Francuzem po włosku, czego więcej chcieć od życia! Porcje są naprawdę ogromne, więc radzimy zrezygnować z próby zjedzenia przystawek i głównego dania.

Nadszedł czas słodkiego lenistwa na Korsyce. – Jak tu pięknie, patrz na te zbocza, tam jest Capo Rosso, zobacz jak tu zielono, widzisz te różowe kwiaty, znowu kozy wylazły na drogę, tylko nie trąb ja będę robił im zdjęcia. Którą plażę dziś wybieramy, mamy kilka do wyboru. Jakie to wygodne, że nie ma tu tylu turystów, wszędzie zaparkujesz auto. Drogi wąskie to fakt, czasem przywitasz się samochodowymi lusterkami z współtowarzyszem krętej drogi, ale ile przy tym frajdy, no nie? Łatwo mu mówić, kiedy to ja prowadzę samochód i nie wodoki mi w głowie, tylko te ukochane lusterka – mam nadzieję, że ich nie boli… Trafiamy na pierwszą plażę Plage D’arone. Spokój, cisza, krystaliczna woda i książka. Tu do dyspozycji macie też kilka restauracji, więc lunch możecie zaplanować przy morzu.

Następnego dnia kolejna wyprawa na morskie podboje, tym razem wybieramy bardziej stromy i wąski zjazd, ale dzięki temu odkrywamy przepiękną plażę Plage de Ficajola, na której spędzimy dwa dni pod rząd, a zaopatrzeni w naszej mieścinie Piana, w plażowy lunch, czyli kuskus, winogrona, pasztecik, oliwki i korsykańskie wino – przetrwamy w niemalże luksusowych warunkach plażowych. Plaża jest bardziej kameralna, bez infrastruktura, za to rekompensuje przepięknym widokiem i ławicami ryb, które można oglądać.

Przepraszam, czy ktoś tu mówi po angielsku? Nie dajcie się nabrać, Francuzi doskonale rozumieją angielski, tylko zwykle odpowiadają po francusku. Tak sobie myślę, że jakbyśmy zostali z dwa miesiące dłużej, to komunikatywnie nauczylibyśmy się tego języka, bo nieźle nam już szło. W Pianie na wieczorną kolację trafiamy do dobrze ocenianego miejsca i uwaga, mimo że na pierwszy rzut oka nikt nie mówi tu po angielsku, to jednak są to tak ciepli i miło nastawieni ludzie, że wcale Wam to nie będzie przeszkadzać. A jak już dacie się przekonać na stolik w La Voûte (w samym centrum miesteczka), to okaże się że jest oddelegowana kelnerka, która mówi w kilku językach, jakiś lokalny geniusz normalnie! Jedzenie przednie, zawitaliśmy tu dwa razy, od tego miejsca Robert zaczął swoją przygodę z korsykańską zupą – zawiesista, pełna dużych kawałków różnych warzyw i mięsa; bardzo sycąca. Posmakowaliśmy tu ryb, zapiekanych makaronów, jagnięciny, eskalopków cielęcych. Nie jest to tania restauracja, ale dania są po prostu znakomite.

Jako, że widok z pokoju mieliśmy naprawdę wyjątkowy, nie omieszkaliśmy spędzić kilka romantycznych wieczorów na tarasie, przyrządzając sobie kolację z miejscowych specjałów: bagietka, oliwki, salami, serki, konfitury i degustując znalezione w markecie korsykańskie wina. Mimo, że w naszym hotelu nikt nie mówił dobrze po angielsku, nie rozumiał słów typu „spoon”,”glass of…”, „towels” – to za nic w świecie nie zamienilibyśmy go na żaden inny. Widok i natura rekompensowały nam każdą przeszkodę przy śniadaniu, czy basenie. Dodatkowo hotel położony jest na skale, 5 min spacerem od centrum Piany, jest tu naprawdę cicho i spokojnie. Nigdy tego nie zapomnimy!

Naszym kolejnym przystankiem na Korsyce było Ajaccio. Miasto nieco nas rozczarowało, oczywiście nie brak tu pięknych widoków i plaż, jednak liczba turystów znacznie wzrosła, dlatego po obiedzie i spacerze z zadowoleniem odetchnęliśmy, że nie zdecydowaliśmy się tu na dłuższy pobyt. Polecamy parking podziemny w samym centrum, próbowaliśmy zaparkować w innym miejscu, ale niepotrzebnie straciliśmy tylko czas. Ajaccio to miasto, w którym żyła rodzina Napoleona Bonaparte z samym wodzem i tak powinno się o nim mówić. Współcześnie oczywiście ze względów turystycznych jego „wielkie” związki z matecznikiem są bardzo koloryzowane. Na sam lunch trafiliśmy do A Marendella Citadina. Młoda, energiczna ekipa sprawnie się nami zaopiekowała, zamówiliśmy wok z makaronem ryżowym, z orzechami, kurczakiem, wspaniałymi soczystymi pomidorami oraz pierś z kaczki z purée z batatów. Odpoczęliśmy w cieniu małej uliczki, zjedliśmy nieco nowoczesnej kuchni i w końcu porozmawialiśmy na dobre o wyspie z prawdziwym Korsykańczykiem po angielsku.

Na koniec docieramy w końcu do Bonifacio, które będzie naszą południową bazą na kolejne dni na Korsyce. Spędziliśmy tam cudowne chwile naszych wakacji, szwendaliśmy się wąskimi uliczkami miasta, siedzieliśmy do rana w porcie. Odwiedziliśmy winnicę Domaine de Torraccia, w której wspaniali właściciele poświęcili nam sporo swojego czasu, rozśmieszali do łez i opowiedzieli kawał korsykańskiej historii, wplatając w nią rodzinne losy. Zresztą właścicielka Sara z mieszanymi korzeniami amerykańskimi ma tak genialny i ciepły charakter, że prawie zakochaliśmy się w tubylcach, prawie… Poza tym odkryliśmy tu jedne z najpiękniejszych plaż, jakie widzieliśmy w życiu. By dojść do niektórych, musieliśmy się mocno zmęczyć, ale było warto. Pamiętajcie, że im plaża bardziej oddalona od parkingu, tym piękniejsza i mniej na niej ludzi, ale jednocześnie pozbawiona dostępu do restauracji i sportów wodnych.

Tyle jeszcze chciałabym Wam opowiedzieć, ale Robert napomina mnie, że to już za długi wpis, mówi po polsku więc absolutnie przyjmuję do wiadomości jego argumenty. Jeśli jednak dotarliście do tego miejsca, to na koniec zapraszam Was na obiad, spacer po Bonifacio i kolację w porcie. Lunch i obiad zjemy w miejscu pod szyldem jenego właściciela. Robert w Cantina Grill, umiejscowionej w porcie zjadł podobno najlepsze mule w życiu, ja pyszne krewetki królewskie. W tańszej i nieco bardziej „lokalnej” Cantina Doria zamówiliśmy oczywiście korsykańską zupę, rybę z pieca i faszerowane bakłażany (merrizzane) – miejski przysmak. Oba miejsca warte są odwiedzenia. Mała podpowiedź, zupę zamawiajcie jedną na dwie osoby, bo przynoszone są w wielkich misach.

Au revoir la Corse! Wracamy do Bastii, tu jeszcze należy nam się spacer po mieście i pyszny obiad. To były piękne wakacje i jak teraz sobie pomyślę, to nawet te względne niedogodności językowe miały tyle uroku, że z chęcią bym niektóre potyczki powtórzyła. Wybaczcie, ale muszę jeszcze napomknąć, że na Korsyce według mnie znajdziecie jedne z najlepszych różowych win na świecie. Ich urokliwość i rześkość w połączeniu z pięknym korsykańskim latem zwyczajnie mnie kupiła. Zapomniałam też dodać, że Korsyka nie jest niestety tania, nawet w stosunku do dość drogiej Toskanii, ceny potrafiły zaskoczyć, szczególnie te w restauracji. Z drugiej strony poznaliśmy wielu ciekawych i miłych ludzi, dlatego mam pewność, że warto dla takich chwil mierzyć się z największymi narodowościowymi stereotypami. Korsyka to jedna z najpiękniejszych wysp, jakie odwiedziliśmy w życiu. Jej magia zostaje w sercu na zawsze. Rozumiemy już każde pojedyncze słowo o niej i miłość do tego miejsca Sławka Chrzczonowicza, któremu serdecznie dziękujemy za rady i wspaniały przewodnik. Kto wie, czy nie odwiedzimy jej ponownie szybciej, niż w końcu trafimy pierwszy raz na Sardynię!