Il Paradiso di Frassina – muzyczne wina

By piątek, Grudzień 1, 2017 0 , , ,

W winnym świecie bardzo dużo mówi się o różnych połączeniach, wino ma bowiem tą cudowną właściwość odnajdywania się w tzw. procesie pairingu. Najczęściej przywołujemy go w kontekście łączenia wina z jedzeniem, takie udane połączenie czasem wymaga sporego wysiłku, ale warte jest doznań jakie później dostarcza człowiekowi.

Nie bez znaczenia są również okoliczności, w których degustujemy wino. Już nie raz przyznaliśmy się Wam, że spotkania z bliskimi nam ludźmi nastrajają nas na wybory ulubionych szczepów, a z kolei odwiedziny u winiarzy, sposób ich prezentacji i naszych odczuć przekłada się na odbiór butelki – bardziej lub mniej subiektywny. Wśród nas są w końcu blogerzy, którzy potrafią wino dobrać do dobrego filmu, a nawet ci, którzy przekonują, że wine and book też idzie w parze. Na myśli przychodzi mi zatem jeszcze inna dygresja: Jakie miejsce w duecie z winem ma też muzyka? Nie inaczej, nam najlepiej wychodzi w tym zestawieniu blues (Marta), włoska muzyka (Robert) i wino, mamy swoje ulubione pozycje i tajemne zestawienia. Kiedy trudny dzień doprowadza do granic wytrzymałości, czasem tylko dobra muzyka i wino mogą rozładować negatywne emocje. Domyślamy się więc, że również dla wielu z Was wino odnajduje się w muzycznych klimatach, swoją drogą – brakuje bloga o tej tematyce, albo my „stare pryki” nie jesteśmy na bieżąco…

Kiedyś natrafiłam na workshopowe badania winemakera Clarka Smitha, których wnioski wskazują, że winne preferencje mogą być silnie powiązane z muzyką, którą cenimy.

„The more we explore it, the more mysterious wine seems. It appears to provide a mirror to our feelings (…) We associate different wine types with different moods, just as we do with music. When the wine and the music match, both improve. When they clash, it can be awful!”

Muszę przyznać, że wnioski z tych warsztatów wydały mi się bardzo interesujące, ale przytoczyłam ich zarys by wprowadzić Was do tematu wine & music, ale od jeszcze innej strony.

Dziś bowiem chwielibyśmy zaprosić Was do miejsca, w którym powstaje wino przy akompaniamencie muzyki poważnej – Mozarta. Podczas poprzedniego wieczoru spędzonego w towarzystwie Valentiny i Emanuela dużo rozmawialiśmy o samym Giancarlo Cignozzi i jego specyficznym pomyśle na prowadzenie winnicy. By wyrobić sobie własne zdanie na temat tego „dziwnego” miejsca postanowiliśmy je po prostu odwiedzić.

Przywitał nas sam właściciel, który w ferworze przygotowań 18. urodzin ukochanej córki, strasznie nakręcony, zamiast zapowiadanych 20 min, poświęcił nam dwie i pół godziny i mamy nieodparte wrażenie, że opowiedział nam dużą część historii swojego życia.

Mówił i mówił i mówił…

Giancarlo Cignozzi poza tym, że był wziętym prawnikiem, nie był w Montalcino postacią anonimową. Już w latach 70-tych ubiegłego wieku stał się wspólnikiem Tenuta Caparzo, dziś jednego z większych (choć niekoniecznie najlepszych) producentów w regionie. Przez wiele lat odpowiadał też za doradztwo prawne dla lokalnego konsorcjum skupiającego producentów Brunello – Consorzio di Brunello. Jak nam wspomniał wielokrotnie musiał stawać w obronie tej wówczas raczkującej apelacji przez sądami i trybunałami w Rzymie. Dzięki temu większość (zwłaszcza tych starszych) producentów do dziś to jego wieloletni, wierni przyjaciele, z którymi walczył też przeciwko wielkiemu kapitałowi, który zaczął napływać do Montalcino i niósł za sobą kolejne pomysły, nierzadko niezrozumiałe i sprzeczne z tradycją (jak choćby próby usankcjonowania dodawania do Brunello oprócz Sangiovese również odmian miedzynarodowych).

W 1999 roku Giancarlo sprzedał wszystkie swoje udziały w Caparzo (nie mógł dogadać się z innymi wspólnikami i nie podzielał ich filozofii produkcji) i postanowił zająć się własnym winnym biznesem. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu ceny ziemi w Montalcino były śmiesznie niskie, dlatego jak sam Giancarlo wspomina kupił on posiadłość Il Paradiso di Frassina za grosze. Choć podobno może się ona poszczycić piwnicami, których historia sięga 1000 lat, to od ponad pół wieku była zaniedbana i musiała zostać doprowadzona do stanu używalności. Nie wiemy ile w tym romantycznej historii (bo tego nam nie szczędził), a ile prawdy, ale Giancarlo opowiadał, że gdy pierwszy raz przyjechał oglądać swoją przyszłą posiadłość w głośnikach jego samochodu leciał akurat Mozart i wtedy stwierdził, że swoim winoroślą będzie puszczał muzykę.

Wydaje się niewiarygodne, prawda?

W kolejnych dwóch latach obsadził swoje cztery hektary klasyczną dla Montalcino odmianą Sangiovese Grosso i faktycznie zaczął puszczać dla nich muzykę. Projekt okazał się na tyle ciekawy, że zainteresował się nim uniwersytet we Florencji, który chciał zbadać, czy i jak muzyka wpływa na rozwój roślin i zwierząt. Od 2008 roku za namową naukowców puszcza już tylko Mozarta, którego harmoniczne, spokojne brzmienie ponoć najlepiej służy winoroślom. To bądź co bądź innowacyjne podejście sprawiło, że o Giancarlo zrobiło się głośno, a on sam zaczął bywać na pierwszych stronach wielu czasopism (i to nie tylko o tematyce stricte winiarskiej). Pomysłem zainteresował się również profesor Amar Bose, założyciel znanej firmy produkującej głośniki, która ufundowała nowoczesne nagłośnienie na winnicy. Prowadzone badania pokazały, że wystawiona na działania Mozarta winorośl ma większe i grubsze liście, z większą zawartością chlorofilu, jest bardziej odporna na choroby. Winogrona zawierają więcej antyoksydantów i polifenoli, a także szybciej osiągają optymalną do zbiorów dojrzałość.

Czy w tym szaleństwie jest więc metoda?

Degustację win rozpoczęliśmy od Moz Art Wine Brunello di Montalcino 2012 (w Polsce wina producenta są dostępne w ofercie Vini e Affini, 219 zł). Przypomnijmy tylko, że ten rocznik był wyjątkowo gorący, w efekcie jakość wypuszczonych przez producentów Brunello jest bardzo różna. Wino dojrzewa przez 12 miesięcy z 700-litrowych francuskich beczkach, a przez kolejne 24 miesiące w już większych beczkach ze slawońskiego dębu. Zapach rozwija się bardzo przyjemnie. Początkowo mamy świeże wiśnie, do których po chwili dołączają suszone płatki róży i nieco akcentów skórzanych. Na podniebieniu pierwsze skrzypce grają mocne (w tym momencie aż zbyt intensywne) taniny. Struktura jest solidna, ale nie za ciężka, raczej strzelista niż przysadzista. Wino ma duży potencjał, ale warto odłożyć je do piwniczki na 5 lat. Bardzo dobre.

Z najbardziej „nasyconej” przez muzykę (znajduje się na niej 50 głośników, po jednym na rząd winorośli), 1-hektarowej parceli powstało Flauto Magico Brunello di Montalcino Riserva 2011 (450 zł). Tutaj wino najpierw przez 12 miesięcy znajduje się w niewielkich baryłkach z Francji, a następnie przez 36 miesięcy w nieco większych 500-700 litrowych beczkach z tego samego kraju. W nosie jest bardzo subtelne, z nutami róży, kwaskowych wiśni, ale i roztartej w dłoniach ziemi. W ustach dość lekkie, kwaskowe, brakuje nawet nieco ekstraktu. Taniny są oczywiście obecne, ale nie są jakieś nadmiernie agresywne. Szczerze powiedziawszy zrobiło na nas mniejsze wrażenie niż próbowane wcześniej podstawowe Brunello. Bardzo dobre-.

Nieco szalonym winem jest 12 Uve Maremma Toscana 2012 (179 zł), a więc kupaż 6 odmian typowych dla Toskanii oraz 6 międzynarodowych (mamy tu więc 40% Sangiovese, 15% Caberneta Sauvignon oraz kilkuprocentowe domieszki Syrah, Cesanese, Ancellotty, Petit Verdot, Alicante, Merlota, Cabernet Franca, Carmenere, Canaiolo i Ciliegiolo). Owoce pochodzą z leżącej kilka kilometrów na południowy-wschód od Montalcino. To wino dojrzewa przez 24 miesiące we francuskich tonneaux. W efekcie powstało wino z nutami suszonych kwiatów, dojrzałych śliwek i wiśni. W ustach bardziej nieokrzesane, mniej poukładane od próbowanych Brunello. Taniny są żywe, silne, wysuszające, ale i nieco dzikie. Nam takie nieugładzone wino bardzo przypadło do gustu. Bardzo dobre.

Jako, że jestem realistką, może i mało romantyczną, to zapewne wiele z takich historii mnie nie przekonuje. Oczywiście cała wizyta pozytywnie wpłynęła na nasze spojrzenie na różnorodność producentów w tworzeniu i podejściu do swoich win. Spacer po winnicy wśród muzyki Mozarta, która dźwiękami rzeczywiście oplatała krzaki był niezwykle interesujący i nastrojowy. Ja jestem jednak sceptyczna co do wiary w to, że nawet tak piękna muzyka przekłada się na sposób dojrzewania winogron. Ta filozofia jest innowacyjna, ma w sobie wiele przejmujących elementów, ale dla mnie najważniejsze zawsze są i tak zakasane rękawy i grające pierwsze skrzypce wino.