Emidio Pepe – miłość do wina we krwi

Dziś naszła mnie pewna refleksja, zaczęłam się zastanawiać nad zależnością tego jak nasza wiedza, a konkretnie świadomość na temat wielkości autorytetu winiarza, którego udaje nam się osobiście poznać, wpływa na nasze odczucia i oceny butelek, które pijemy w jego towarzystwie?


Człowiek – legenda

W zetknięciu z człowiekiem owianym już za życia legendami, z pewnego rodzaju drżeniem łaknie się każde jego słowo i jednocześnie jest się w stanie uwierzyć we wszystko co zostanie mu o winie powiedziane. Jeśli przeżyliście choć jedno takie spotkanie, to na pewno wiecie o czym mówię, no chyba, że nie ma to dla Was większego znaczenia – bo taka opcja też zapewne wchodzi w grę. Jednak jedno jest pewne, takie momenty na zawsze pozostają w pamięci.

Przyznaję, że dla mnie ta pewnego rodzaju hipnoza jest trudna do opanowania, zwłaszcza kiedy zabieram ze sobą notatnik i zasady obiektywizmu, które powiedzmy, że chcę zachować. Zdradzę Wam, że w takich „winnych” momentach najbardziej doceniam stoickość Roberta, który pozwala mi na beztroskie chłonięcie i wyciąganie wielu informacji podczas rozmowy, podczas kiedy on skrupulatnie pochylony nad notatnikiem dokonuje wszelkich technicznych konieczności. Ja ze spotkania wychodzę już uspokojona z głową pełną historii i anegdot (a w moim notatniku pełno niezrozumiałych określeń), a on jakby z „opóźnionym zapłonem” dopiero zaczyna przeżywać spotkanie w aucie, kiedy ruszamy w dalszą drogę.

Jak się domyślacie Robert na swoim podejściu zyskuje o wiele lepsze zasoby opisowe butelek niż ja, ja za to częściej pamiętam emocjonalną stronę spotkania i znam historie, o których on jakby nie słyszał…

Co jednak począć w sytuacji blogerskiego życia, kiedy odwiedzamy pewne miejsca i spotykamy takich ludzi osobno? Czasem bywa, że dostaje mi się potem za wspomnianą beztroskość i sama ponoszę też konsekwencje, kiedy w męczarniach nad tekstem próbuję wyłuskać z notatek co autor (czytaj ja) miał na myśli, kiedy tam był i to wino pił. Jeśli zatem chcecie przekonać się, jak sobie poradziłam w tak „ekstremalnie” trudnych dla mnie okolicznościach (przesadzam, żeby budować napięcie!) – a więc nie tylko degustowania wina jednej z legend włoskiego winiarstwa w jego towarzystwie, ale zjedzenia kolacji z całą jego rodziną – to zapraszam Was dzisiaj do mojej opowieści o przekazywaniu miłości do wina w kodzie DNA.

Wierność tradycji kluczem do sukcesu

Emidio Pepe to bez wątpienia przykład winiarza, który przywiązany do rodzinnych tradycji, swoją ciężką pracą i tą jakże charakterystyczną dla nich jednością najbliższych osiągnął ogromny sukces – zaczynając od sławy w rodzimym Abruzzo, aż po włoską legendę i międzynarodowe uznanie.

Jego winnicę odwiedziliśmy z Robertem dwa lata temu – Emidio Pepe – autentysta – i od tamtego czasu mieliśmy szczęście spotykać się już kilkukrotnie z Chiarą (wnuczka Emidio) na różnych winnych eventach. Jednak dopiero w maju tego roku, podczas mojej prasowej wyprawy do Abruzzo, na zaproszenie Consorzio di Tutela dei Vini d’Abruzzo miałam niezwykłą okazję dłuższego obcowania z Emidio i jego rodziną.

Ta wizyta była zaplanowana jako ostatnia, podczas drugiego dnia wycieczki po regionie. Podróże busem po krętych drogach Abruzzo i zmęczenie skutecznie uśpiły atmosferę w naszej ekipie, jednak po przywitaniu nas przez samego Emidio Pepe kieliszkiem pysznego Pecorino i serem owczym o tej samej nazwie, szybko na nowo powróciliśmy do życia. Musicie wiedzieć, że taki zestaw to bardzo typowe aperitivo abruzzese”, ale dobrze się sprawdza również przy prostych degustacjach. W moich notatkach oba stworzyły świetny chrupki, orzeźwiający i bardzo aromatyczny duet. Wino miało przy tym wysoką, przyjemną kwasowość, która neutralizowała słoność sera.

Emidio to zadbany, elegancki gentlemen, który świadom ogromu swoich osiągnięć, oczywiście sprawnie wykorzystywał naszą wiedzę z kim mamy do czynienia i dumnie oprowadzał nas po swoich włościach, opowiadając przy tym historie swojej rodzinnej posiadłości, która zajmuje obecnie 25 ha, z tego na 15 ha uprawiane są winorośla, na kolejnych częściach 600 drzewek oliwnych.

Jego winnice usytuowane są na północnym krańcu Abruzji, między najwyższymi szczytami Apeninów (Gran Sasso 30 min) a wybrzeżem Adriatyku (10 min). Po dziadku i ojcu odziedziczył krzemionkowe ziemie, bogate w wapno i żelazo. Jak już Wam wspomniałam w poście wprowadzającym do Abruzzo, wcześniej w tym regionie rolnicy wino wyłącznie produkowali, ale butelkowały je zazwyczaj spółdzielnie. Emidio w 1964 postanowił, że jego rodzina zacznie utrzymywać się z całościowo rozumianej produkcji wina, łącznie z butelkowaniem go pod własną etykietą. Tak rozpoczął bardzo unikatowy, jak na tamte czasy, proces tworzenia rodzinnej, rzemieślniczej marki. W tym drugim pojęciu ujęta się zarówno biodynamiczna uprawa, ręczne zbiory i delikatna prasa, naturalna fermentacja, aż po leżakowanie w betonowych zbiornikach. Jego wina są nierafinowane i niefiltrowane. Zresztą samo miejsce i proces ręcznej prasy niezmienne jest od dziesiątek lat, a nam zostało nam dokładnie przedstawione, co wzbudziło niemałe zainteresowanie. Nie ukrywam, że co roku z zapartym tchem śledzę zbiory Pepe na Instagramie. W drewnianej kadzi do prasy, 100 kg winogron ugniata nogami około czterech osób. Szacuje się, że tzw. proces “foot crush” 300 kg owoców zajmuje mniej więcej 40 minut.

Rodzina ma też wspaniałą piwnicę z własnymi zasobami, wyjątkowymi rocznikami, często przeznaczonymi wyłącznie na własny użytek, ale jej zwiedzanie, za każdym razem robi takie samo wrażenie. Wystarczy tylko sobie wyobrazić, że na przykład rozpoczyna się świąteczna krzątanina, stół już nakryty, wszyscy odświętnie ubrani, zjeżdżają się goście, a Wy schodzicie pod ziemię, by przynieść jakieś butelki, z naciskiem na „jakieś” oczywiście – taka nagroda, za bycie wielkim producentem!

 

 

Miłość do wina we krwi

Winnica Emidio Pepe, nie jest jednak skupiona na jednym człowieku, wręcz przeciwnie, to prawdziwa rodzinna machina, oparta na sprawnie rozdzielonej organizacji między jej członkami (zresztą świetnie odzwierciedla to ich strona: Emidio Pepe). Dwie córki Emidio – Daniela i Sofia oraz ich rodziny doszły do perfekcji w zarządzaniu winnicą i wspólnej pracy (warto wspomnieć, bo rzadko się o tym mówi , że trzecia córka Stefania prowadzi samodzielnie własną winnicę). Wnuczka Chiara De Iulis Pepe, która dba o marketing i świetnie reprezentuje winnicę na międzynarodowym rynku; imponuje zarówno swoją wiedzą, umiejętnościami sprzedażowymi, ale i nie stroni od ciężkiej pracy na samej winnicy. Jej młodsza siostra Elisa, która zadbała o oprawę naszej wizyty i tłumaczenie opowieści dziadka przy kolacji, na całej grupie również zrobiła ogromne wrażenie. Z wielką przyjemnością słuchało się tak młodą osobę, która ewidentnie miłość do wina otrzymała we krwi i już teraz dysponuje fantastyczną umiejętnością prezentowania tej pasji. Dzięki rozmowom przy kolacyjnym stole, miało się nieodparte wrażenie, że każdy członek tej rodziny jest niezbędnym elementem, bez którego rodzinny biznes nie ma racji bytu.

Kultura wina i jedzenia

Największym wyzwaniem okazała się jednak kolacja.W rodzinnej kuchni króluje Giuseppe – mąż Danieli i Rosa, która od lat wiernie u boku Emidio dba o tradycyjne smaki i jednoczy przy stole całą rodzinę. Sprostać musiałam zatem próbie utrzymania koncentracji nie tylko w zderzeniu z towarzystwem samego Emidio Pepe i jego rodziny, ale i przepysznym jedzeniem oraz winem; w zestawieniu z jedynymi w swoim rodzaju żartami Wojtka Gogolińskiego z Czasu Wina.

Na przystawki zaserwowano nam fantastyczne olive ascolana, głęboko smażone oliwki nadziewane mieloną cielęciną, wołowiną, wieprzowiną, jajkami, przyprawione skórką cytryny i parmezanem, do tego smażony ser z krowiego mleka, deski wędlin i oliwa. Na pierwsze danie do stołu podano scripelle, czyli cienkie naleśniki na pysznej potrawce z kurczaka z posypką parmezanu na wierzchu, zwanym podobno mbusse, czyli typowa dla tego regionu zupa. Po niej zaserwowano mezzo pacchero (makaron) z gulaszem jagnięcym. Kolejno przepyszną wołowinę z ziemniakami, a na deser otrzymaliśmy sise delle monache, czyli w tym przypadku wariację na temat tradycyjnych ciasteczek wypełnionych kremem waniliowym lub czekoladą.

 

 

 

Teraz przechodząc do samego wina, wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy zasiadając do tego posta, okazało się, że mój notatnik jest nawet rozsądnie (co u mnie nigdy nie oznacza sporo) zapisany. Pairnig był na tyle dobrze skonstruowany, że pozostawił też w mojej pamięci wiele wskazówek.

Emidio Pepe Trebbiano d’Abruzzo 2013

Nos już wyważony, mineralny, otulony ziołami, usta za to żywsze, aromatyczne, sporo w nich ziołowego i owocowego (cytryny, brzoskwinia) posmaku. Nie zabrakło też miłej w odbiorze kwasowości. W tym wydaniu Trebbiano było zaskakująco elastyczne kulinarnie, świetnie sprawdził się w zestawieniu ze wszystkimi przystawkami. Bardzo dobre- (89/100).

Emidio Pepe Montepulciano d’Abruzzo 2015

Nos czysty i elegancki. W ustach wyraźnie zarysowała się dobra struktura, zgrabnie przenikająca przez podniebienie i zostawiając garbnikowy finisz, jakby chciało się szybko ewakuować. Wino ma jednak jeszcze dość „trudny charakter”, jest mocno rustykalne i ziemiste, dlatego lepiej niż solo spisało się w zestawieniu z ragout i makaronem. Dobre+ (88/100).

Emidio Pepe Montepulciano d’Abruzzo 2010

Nos balsamiczny, ziemisty. Usta silniejsze, dużo w nich jeszcze młodości, jednocześnie ma świetnie zachowaną aksamitność i elegancję. Dużo równowagi na lini kwasowości w połączeniu z owocem, w tym przypadku wiśnią. Niezwykle długi, korzenny finisz. Wino ma też olbrzymi potencjał, sama rodzina z wielkim uznaniem ocenia ten rocznik. Znakomite+ (94/100).

Emidio Pepe Montepulciano d’Abruzzo 2001

W nosie ceglane, surowe. Jednak w ustach ta srogość została nieco przysłonięta przez piękną skórzaną aksamitność, dalej wino plasowało się w ciemnych rejestrach żelaza, śliwek, dojrzałych wiśni. Całość otulona ziemistością i ziołami. Kieliszek świetnie wpasował się też w drugie danie złożone z wołowiny i ziemniaków. To wino smakowało mi najbardziej i kieliszka nie oddałam do końca kolacji. Arcydzieło- (95/100).

Emidio Pepe Montepulciano d’Abruzzo 1983

Ta wiekowa gwiazda to świetny dowód na to, że dobre Montepulciano z Abruzzo ma wieloletni potencjał starzenia, przy którym zaskakująco żywa nadal pozostaje taniana. Wino degustowaliśmy na koniec, z medytacyjnym przeznaczeniem po jedzeniu. Nos kawowy, ziołowy. Usta wciąż w dobrej kondycji, skórzane, mocno ciemne owoce. Znakomite- (92/100).

Wina Emidio Pepe dostępne są w ofercie Winoblisko/Dyletanci. Niestety nie będę ukrywać, że importer ceny restauracyjne ma za te wina hipnotyzująco szybujące!

Mój wspaniały towarzysz podróży Łukasz Ostrowski (Siedlisko Syty Trzmiel) potwierdzi, że po tej cudownej wizycie i kolacji ledwo „toczyliśmy się” do busa. Torano Nuovo, jak na abruzyjską gościnę przystało, przyjęło nas z otwartymi rękami tradycyjną kuchnią i pysznymi winami.


Emido Pepe mawia: „Il vetro è sincero” (w szkle prawda), sami więc, jeśli mieliście już okazję, bądź takowa przed Wami – oceńcie proszę – czy zdołałam wychwycić ją podczas spotkania z tą niezwykłą rodziną.